blog

Ależ oczywiście, że zostaniesz piłkarzem!

Niedawno w swojej pracy (jestem trenerem biznesu) zastanawiałam się, dlaczego niektórzy ludzie osiągają sukces, a inni nie. I doszłam do wniosku, że jedni tylko próbują coś zrealizować, a drudzy realizują. Swoje cele.

Przy czym to nie jest tak, że im się udaje, bo „się udało”, tylko jest to kwestia ciężkiej pracy. Bo nie ma czegoś takiego, jak sukces, który „się udaje”. Sukces jest bardzo ciężko wypracowany, okupiony godzinami trenowania, powtórzeń, czytania, dopytywania innych i tego typu podobnych rzeczy.

I – opieram się tutaj na własnym doświadczeniu życiowym.

Nie jest to żadna prawda objawiona i możecie mieć inne poglądy – moim zdaniem nie można mówić dziecku „może zostaniesz piłkarzem” albo „ach, na pewno nie zostaniesz piłkarzem”, „trenuj sobie, ale i tak nie będziesz piłkarzem, no bo przecież jest tylu utalentowanych chłopaków, że ty się na pewno nie przebijesz”.

Drugim błędem jest przekonanie, że „trzeba mieć plecy” i komunikaty: „nie masz nikogo sławnego w rodzinie, jeśli chodzi o piłkę nożną”, „nie masz żadnego sławnego trenera”, „mieszkamy w małej miejscowości i tutaj nic takiego ciekawego się nie dzieje”. Albo: „mieszkamy w bardzo dużej miejscowości i tu jest tylu chłopców utalentowanych, że naprawdę nie masz szans”.

Ale jednocześnie nadal powtarzamy: „ja wierzę, że możesz to zrobić”. Więc, jako rodzice, musimy się zdecydować. Wierzymy czy nie?

Nie ma czegoś takiego, jak „trenuj i MOŻE coś z tego wyjdzie”. Nie.

„Trenuj, BO coś z tego wyjdzie.

NA PEWNO coś z tego wyjdzie, jeżeli ty włożysz w to wysiłek.

A ja jestem od tego, żeby ci pomóc”.

I jest to bardzo trudne, ponieważ generalnie mamy podejście asekuranckie. Wolimy mówić: „a, nic z tego nie wyjdzie” i potem być mile zaskoczonymi niż być pewnymi, że coś się uda i się rozczarować.

Natomiast w sukcesie nie bierze się pod uwagę porażek. Nie myśli się w tych kategoriach. Oczywiście, potrzebny jest plan B, co do tego nie ma w ogóle wątpliwości (o nim porozmawiamy innym razem), ale trzeba mieć podejście człowieka sukcesu – w każdej dziedzinie. To nie jest tylko kwestia bycia piłkarzem i marzeń dziecka czy naszych wspólnych. To postawa w naszym życiu zawodowym, w wychowaniu naszych dzieci, kimkolwiek chcą zostać i jakiekolwiek rzeczy ich interesują. I podobnie jest w zostaniu menedżerem, słynną piosenkarką czy popularnym aktorem. Dlatego, że trzeba mieć przeświadczenie, że NA PEWNO coś z tego wyjdzie.


Dla przykładu opowiem Wam jak zdawałam prawo jazdy. Pomimo tego, że zdałam za jedenastym razem, naprawdę uważam, że jestem dobrym kierowcą. I to nie jest tylko moje zdanie, więc nie żadne „babskie poglądy”, ale fakt.

Wieczorem przed ostatnim egzaminem (nie wiedziałam jeszcze wtedy, że będzie ostatni) spotkałam się z moim przyjacielem i powiedziałam mu, że „jutro idę na egzamin”. On był dość dobrze zorientowany w moich doświadczeniach i poinformowany o wszystkim, ale nie spotykaliśmy się na tyle często, żeby znał każdy szczegół. Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

Jutro idę zdawać, ale już sobie ustawiłam następny termin.

No, ale to po co idziesz jutro?

No, żeby spróbować.

EEEE no to nie idź. Bez sensu. Szkoda czasu. Skoro ustawiłaś drugi termin to już wiesz, że nie zdasz.

I rzeczywiście to była prawda, zastanowiłam się nad tym mocno i postanowiłam:

OK, dobrze. Ja jutro zdam.

Powiem Wam, że to nie było łatwe, ponieważ miałam właśnie podejście asekuranckie: „a jak nie, no to trudno, życie się nie kończy i następnym razem będzie lepiej”. No i tych „następnych razów” miałam wcześniej już dziesięć… i stwierdziłam, że ten będzie ostatni.

Może nie uwierzycie, ale naprawdę poszłam na egzamin, wsiadłam do samochodu i wiedziałam, że  zdam. To był grudzień, siódma rano, ciemno na ulicach. Do „pandy” wsiadłam jako jedna z ostatnich (nazwisko miałam na T), z tego, co pamiętam, grupa miała 7 osób i wszyscy przede mną oblali. Przejechałam przez placyk, wyjechałam na miasto, wróciłam. Bez emocji. Po prostu wiedziałam: „zdam to”.

I powiem Wam, że jak zaczęłam mieć takie podejście, to po prostu przestałam czuć strach. Dojechaliśmy z powrotem do bazy, wysiadłam i usłyszałam: „zaliczyła pani”.

W tym momencie nawet się nie ucieszyłam, bo byłam pewna, że tak właśnie będzie. Dopiero potem do mnie dotarło, co się stało. I wracałam do domu przez 40 minut, pieszo, nie poszłam na autobus, tylko obdzwaniałam wszystkich znajomych, których miałam w telefonie, z wiadomością, że w końcu zdałam egzamin.

Ale dlaczego o tym opowiadam? Dlatego, że doświadczyłam zmiany swojego nastawienia. Uwierzyłam i postanowiłam, że to jest realne, że ja to zrobię.

Niestety, często zauważam (moje poprzednie) asekuranckie podejście u rodziców czy rodzin młodych sportowców: „ty sobie trenuj, to jest fajna zabawa i może coś z tego wyjdzie”. Nie. Jeżeli będziemy mieli takie nastawienie, to moim zdaniem – znowu podkreślam, moim zdaniem, i zapraszam do dyskusji, jeżeli ktoś się ze mną nie zgadza – jakieś 10% dzieciaków osiągnie sukces. Przy czym znaczny wpływ na niego będą miały dodatkowe czynniki, np. łut szczęścia czy nowy trener. Ponieważ mamy już w głowie myślenie: „hmm, fajne hobby… Aaa no, w razie czego może sobie trenować w dwudziestej lidze albo w klubie Trawka&Trawka”, to ono powoduje, że nasze dzieci również przestają myśleć o osiąganiu sukcesu. Nieświadomie my już je programujemy na to, że na pewno się nie uda, a jeżeli się uda, to „być może”.

Powtarzam, nie ma czegoś takiego, że „się uda” – to jest ciężko wypracowane osiągnięcie.

Takie myślenie to podstawa.

„Tak, będziesz piłkarzem. Tak, oczywiście, ja po prostu w to wierzę. Gdybym nie wierzyła, chłopie, to bym cię nie woziła 80 kilometrów na mecz. Albo nie kupiłabym ci butów za sześćset złotych. W ramach fanaberii. Bo mam kaprys. Kozaków takich drogich nie mam, a tobie kupuję buty za sześć stów?!”

Już pomijam fakt, że ja dawałam trzy, a on dawał resztę ze swojego kieszonkowego, bo miał taką możliwość, ale wyrażałam zgodę na zakup butów za sześćset złotych! I czy robiłabym to, gdybym nie wierzyła, że będzie piłkarzem? Musiałabym być kretynką.


Słuchaj, Twoje dziecko zostanie piłkarzem, jeżeli Ty w to uwierzysz. I wtedy Wasze wyjazdy na testy, wydawanie kasy na drogie obozy, wielogodzinne czekanie na treningach, marznięcie, grzanie rąk o kubek termiczny czy normalny lub w jakikolwiek inny sposób, picie tej wstrętnej kawy, o której piszę, dopiero wtedy będą miały sens.

Wtedy będziesz widział, że to ma wielkie znaczenie i dziecko będzie wierzyło, że zostanie piłkarzem. Przecież już Diego Maradona powiedział, dając nam doskonałą wskazówkę: „Moja mama powiedziała mi, że jestem najlepszy. A ja byłem wychowywany tak, bym zawsze wierzył mojej mamie na słowo”.

Jeżeli Ty uwierzysz, że Twoje dziecko zostanie piłkarzem, to ono też w to uwierzy. I nawet jak będzie miało chwile załamania i stwierdzi, że coś jest bez sensu, to będzie wiedziało, że Ty w nie wierzysz, że stoisz po jego stronie.

No i tyle.