blog

Otóż mam takie spostrzeżenie – teraz bardzo mocno generalizuję i uśredniam, ale takie są moje obserwacje – że młodzież, tak od 12. roku życia w górę, do nawet powyżej dwudziestki, upodobała sobie skarpetki-stópki. Nie ma znaczenia czy to jest dziewczyna, czy chłopak, czy ktoś ma styl rockowy, czy dyskotekowy – królują stópki. I wszystko byłoby w porządku, bo – moim zdaniem i jest to kwestia bardzo subiektywna – całkiem nieźle wyglądają na nogach, jednakże tylko w momencie, kiedy jest ciepło. A Polska, niestety, nie leży w klimacie, gdzie ciepło jest przez cały rok. Od kwietnia do października taki element stroju jeszcze jest w miarę OK i służy określonemu celowi, ale od listopada do marca, według mnie, nie jest wskazany. Młodzież zaś, która z uwielbieniem nosi tego typu skarpetki, nie zauważa zmiany pór roku.

Tłumaczę to tym, że młodzi inaczej odczuwają temperaturę, bo widzę, że wiąże się to nie tylko ze skarpetkami, lecz również z brakiem szalików i czapek (ale to już temat na inny post). Młodzi piłkarze z mojego otoczenia tłumaczą, że noszą te stópki, ponieważ „im nie jest zimno”. Co prawda jest to dla mnie niezrozumiałe, ale myślę, że nie cierpieliby, gdyby rzeczywiście było im chłodno. Jednakże my, jako rodzice tejże młodzieży, musimy ją jakoś przekonać, żeby stópki przestały być tak popularne o tej porze roku. I nawet ta młodzież piłkarska, która powinna gdzieś tam z tyłu głowy mieć świadomość, że im to nie służy, nie ma takiego przeświadczenia.

Co zauważyłam jako matka zwracająca uwagę na strój? Jedynym argumentem, którego mogę użyć, a który ewentualnie byłby wzięty pod uwagę jest to, że jeśli nie w tym sezonie, to najprawdopodobniej w przyszłym jest ogromne ryzyko kontuzji. Dlaczego?

Dlatego, że organizm takiego nastolatka jest przepełniony ciepłem, energią i rzeczywiście może nie odczuwać tego zimna, ale wiadomo, że ten organizm się broni i w momencie, kiedy któraś część ciała, w tym przypadku kostki, jest nieosłonięta, to zdecydowana większość energii, która może być zużytkowana w zupełnie inny sposób, skupia się na odsłoniętych kostkach, żeby je chronić.

Argument, jakiego użyłam dotyczy wykorzystania tej energii – można ją przecież spożytkować podczas treningu na powtórzenie jeszcze raz jakiegoś trudnego ćwiczenia, dania 130% na meczu albo dłuższej rozgrzewki czy mniejszego zmęczenia na treningu. Zamiast tego energia „marnuje się” na ogrzanie gołych kostek.

I powiem Wam, że ten argument został ewentualnie wzięty pod uwagę. Skąd to wiem?

Zauważyłam, że w momencie, kiedy widzę, że założone są stópki i zwracam uwagę, żeby mój syn przebrał skarpety, to nie ma już tego nastoletniego przewracania oczami z myślą: „czepialska matka”, tylko rzeczywiście skarpety są zmieniane.

Zaznaczam: nie wiedziałam czy to jest słuszny argument, dlatego że nie jestem ani żadnym lekarzem, ani fizjologiem, ani nikim innym, kto ma do czynienia z wiedzą na temat ciała i działania ciała. To był dla mnie taki logiczny argument, który gdzieś tam sobie wymyśliłam. Ważne, że był skuteczny. Ważne, że zadziałał. Ważne, że te skarpetki-stópki w miarę zostały wyeliminowane i są brane pod uwagę rzeczywiście dłuższe skarpety do noszenia, które może nie wyglądają sexy, no ale priorytetem jednak jest brak kontuzji.

Po konsultacji z fizjoterapeutą już wiem, że na 100% gwarantowane są przeziębienia, grypy, anginy i antybiotyki. A w efekcie minimum tydzień przerwy w grze w trakcie brania antybiotyku i tydzień lub dwa przerwy po zakończeniu kuracji. Fizjoterapeuta do ryzyka kontuzji z powodu noszenia

stópek zimą odniósł się delikatnie mówiąc sceptycznie. Ale nieważne. Liczy się efekt.


I teraz pytanie do Was: czy obserwujecie ten problem u siebie, czy te skarpetki-stópki są dla Was i w Waszych domach kłopotem, powodem do dyskusji czy zwracania uwagi? Dajcie znać jak sobie poradziliście z tym, żeby stópki od listopada do marca leżały grzeczniutko w szufladzie! Myślę, że to może być ciekawy temat.